Uwaga! Ta strona używa plików cookies i podobnych techonologii (kliknij aby poznać politykę plików Cookies)
Akceptuj i zamknij
Artykuły: Śladami włoskich specjałów
Udostepnij
Artykuły: Włoskie żarcie PRO-TEST: Nr 6 (167) czerwiec 2016
 Śladami włoskich specjałów Śladami włoskich specjałów Włoskie żarcie Do Włoch wyruszyłem w podróż w poszukiwaniu włoskich smaków. Nie sztuką jest oczywiście zjeść w restauracji, a już na pewno w restauracji powstałej z myślą o turystach, gdzie, jak wiadomo, dostaniemy niekoniecznie to, co jedzą sami Włosi i niekoniecznie za tą cenę, jaką oni płacą. Ja chciałem znaleźć miejsca, gdzie zjem oryginalne włoskie specjały, przy tym niedrogie, zdrowe i z dala od skupisk turystycznych. Czy mi się to udało?

29.08.2015

Wyruszam z Warszawy. Plan na dzisiaj: dotrzeć do motelu Rosenberger w austriackim Völkermarkt. Teraz, kiedy Polska sieć dobrych (czytaj: co najmniej dwupasmowych) dróg coraz mniej odbiega jakością od tej zachodniej, przejechanie 970 km nie jest już tak uciążliwe, jak dawniej. Staje się wręcz przyjemnością – już dzisiaj zaczynam wakacje w pełnym tego słowa znaczeniu.

Kilka przystanków po drodze, w tym dwa obowiązkowe na zakup winiet – najpierw czeskiej (440 koron, czyli 83,50 zł – na miesiąc), a potem austriackiej (8,70 euro, czyli 51,50 zł – na 10 dni), parę godzin jazdy przez malownicze górskie rejony Austrii i już jestem na miejscu. A wracając do winiet, to mimo iż oferowane są na stacji benzynowej jeszcze w Polsce, radzę jednak wstrzymać się z ich zakupem do momentu przekroczenia granicy. Wyjdzie zdecydowanie taniej.

30.08.2015

Motel Rosenberger to bardzo przyjemny i – jak na Austrię przystało – zadbany przybytek. W dodatku w położony w miejscu idealnym dla podróżujących w kierunku Włoch, bo bezpośrednio przy autostradzie A2. Tu jednak zaznaczam, że to wcale nie znaczy, że podczas snu towarzyszy nam hałas przejeżdżających samochodów. O nie! A do tego jeszcze te widoki! Absolutnie nie przypominały mi o czekającym mnie za chwilę kolejnym kilkusetkilometrowym odcinku drogi. Wokół spokój, cisza i piękne alpejskie krajobrazy z małym kościółkiem gdzieś na odległym zboczu.

A śniadanie? To chyba jeszcze mocniejsza strona motelu niż jego usytuowanie. Szwedzki stół pełen najróżniejszych delikatesów, z koktajlami ze świeżych owoców, które można sobie samemu komponować, na czele.

Niestety to wszystko ma swoją cenę. Dość pokaźną niestety. Za noc w pokoju dwuosobowym (jednoosobowych już nie było wolnych) normalnie trzeba zapłacić 101 euro. Normalnie, bo ja dostałem zniżkę w wysokości 20%. Okazuje się, że wystarczyło o nią poprosić. Pyszne śniadanie kosztowało mnie natomiast 12 euro.

Wyspany, najedzony, mogłem wyruszyć w dalszą drogę. Cel na dziś: Bardolino – malownicze miasteczko nad jeziorem Garda w pobliżu Verony, której kulinarny świat chciałem poznać.

Podróżując samochodem przez Włochy, lubię zbaczać z autostrad. Po pierwsze dlatego, że wiele alternatywnych, bezpłatnych dróg jest równie dobrych co płatne autostrady. I po drugie dlatego, że wtedy widzę prawdziwe Włochy. Przypadkiem trafiam w różne ciekawe miejsca, których z autostrady nie widać. W ten właśnie sposób trafiłem do... centrum outletów w miejscowości San Dona Noventa. Po ulicach sztucznego miasteczka włoskie rodziny przechadzają się w poszukiwaniu ekskluzywnych marek w okazyjnych cenach i posilają się w restauracjach, barach i kawiarniach. Ja również – jako że poszukuję włoskich smaków – postanowiłem sprawdzić, co jedzą Włosi spędzający niedzielę na zakupach. Niestety niełatwo było znaleźć coś prawdziwie włoskiego. Menu typowe dla centrów handlowych w całej Europie: jak pizza to odmrażana, jak makaron to niezbyt dobrze przyprawiony i ubogi w dodatki. Poprzestałem więc na rollsach – to jedna z wariacji na temat tramezzino, czyli włoskiej kanapki. Były to różności zawinięte w miąższ pszennej bułki. Moje rollsy były obficie nadziane krewetkami i rukolą oraz szynką i grzybami (2,80 euro/sztuka).

Na kolejnym postoju, tym razem na stacji benzynowej, wypiłem szybkie espresso na jeden łyk. Włosi piją je porządnie posłodzone. Wiedzą, co robią – taki szot idealnie dodaje energii w upalny dzień.

Wieczorem dojechałem do Bardolino nad malowniczym jeziorem Garda, które upodobali sobie Niemcy. Obsługa kempingu i sprzedawcy w sklepach od razu zaczynają ze mną rozmowę po niemiecku, zakładając, że ja również jestem turystą z Niemiec. Mimo końca sezonu (akurat od 29.08. ceny za nocleg znacznie spadają) tłumy niemiłosierne i wszędzie korki. O miejsce na kempingu wcale nie było łatwo.

31.08.2015

Plan na dziś: Werona. Miasto zakochanych, pięknych placów, zabytkowych budynków i trzeciego co do wielkości starożytnego amfiteatru Włoch. Czy jej kuchnia podbije moje podniebienie?

Cały dzień spacerowania po malowniczych werońskich uliczkach sprawił, że porządnie zgłodniałem. Skusiły mnie taghliatelle z grzybami, tortellini w sosie śmietanowym i fusili z zielonym pesto. To pierwsze danie zdecydowanie było najlepsze, ostatnie zaś to całkowita porażka – stary makaron podgrzany w mikrofalówce, sosu jak na lekarstwo... Niestety reklamacja również nie przyjęta.

Jak więc widać, jedzenie w turystycznym mieście jest jak rosyjska ruletka: albo trafisz dobrze albo fatalnie. Warto zaznaczyć, że w samym centrum ceny są oczywiście wyższe – nawet dwukrotnie niż kilkaset metrów dalej, gdzie ja jadłem. Za każde z dań zapłaciłem po 7 euro.

No i deser – lody. Tak, włoskie lody zasłużenie rozsławione są na cały świat.

W drodze powrotnej na kemping kusiły pojawiające się raz po raz szyldy zapraszające do odwiedzenia licznych tu winnic. Kolejny mijany szyld w końcu spełnił swoje zadanie i zboczyłem z głównej drogi. Przecież jestem w regionie, gdzie do głównych upraw należą winogrona i oliwki. Po oliwę z oliwek wstąpię jutro. Dzisiaj zajrzę do winnicy. Skręciłem w boczną drogę, która wiedzie przez pole winorośli uginających się pod ciężarem dojrzałych gron ciemnych i jasnych owoców. Na końcu drogi mym oczom ukazały się typowe dla tych rejonów zabudowania: kamienne mury, płaskie pomarańczowe dachy i przytulne patio, w którym goście mogli oddawać się degustacji wina. Miła Włoszka od razu zaproponowała mi kilka rodzajów win, w tym – Bardolino – trunek z tutejszych winnic. Prawdę mówiąc znacznie lepsze było białe wino Soave doc Classico.

1.09.2015

W podróży śladami włoskich smaków nie mogło zabraknąć Parmy. W końcu to stąd pochodzą parmezan i szynka parmeńska. Już w drodze do tej stolicy włoskich specjałów zatrzymałem się w mleczarni, w której wyrabia się parmezan. Niestety musiałem trafić na niewłaściwą porę. Włoskim zwyczajem, w środku dnia przecież jest sjesta. Nic Włochów nie zmusi wtedy do pracy. Przerwa na drzemkę – rzecz święta. Więc sera prosto z mleczarni nie kupiłem. Zapach krów dochodzący z obory i widok złotych kręgów sera zza ogrodzenia musiał mnie zadowolić.

Zanim dojechałem do Parmy, wstąpiłem jeszcze do przydrożnej trattorii w nadziei, że skosztuję tu lepszych dań niż wczoraj, w turystycznej Weronie. Niestety tym razem też jedno danie – taghliatelle z grzybami – okazało się niezbyt smaczne (w ogóle nie czuć było smaku grzybów), natomiast ravioli z serem i szpinakiem było wyjątkowo pyszne (oba dania po 8,50 euro). No cóż, zasada rosyjskiej ruletki znów się sprawdziła.

W samej Parmie to, co najciekawsze, można zobaczyć podczas przyjemnego spaceru. Ja jednak, oprócz zabytków architektury, szukałem jeszcze sklepów z regionalnym jedzeniem, czyli prosciutto crudo di Parma i parmigiano reggiano. Na swojej drodze trafiłem na dwa takie sklepiki. Musiałem odczekać, aż minie 16.00 i sprzedawcy skończą swoją sjestę. W końcu mogłem zrobić upragnione zakupy. Dzięki nim na kolację zjem panino z prosciutto, czyli bułkę z długo dojrzewającą szynką.

2.09.2015

Z Parmy przyjechałem do toskańskiej wioski San Baronto, gdzie przenocowałem na kempingu położonym na wzgórzu z przepięknym widokiem. Rano wyruszyłem dalej na południe. Zatrzymałem się jeszcze na przydrożnym straganie, gdzie zaopatrzyłem się w aromatyczne pomidory i soczyste brzoskwinie. Postanowiłem bowiem tego dnia – po nie zawsze pozytywnych doświadczeniach ze stołowaniem się w restauracjach – zacząć żywić się inaczej. Postanowienie to kontynuowałem w pięknej Sienie – średniowiecznym mieście, w której zatrzymałem się w drodze do Rzymu. No i okazało się, że moje postanowienie było strzałem w dziesiątkę!

W Sienie wstąpiłem do sklepu mięsnego. Od razu muszę zaznaczyć, że sklepy mięsne we Włoszech w niczym nie przypominają tych, które znamy z Polski. Mięsa i wędliny to tylko mała część ich oferty. Poza nimi można tu kupić liczne gotowe dania, również podgrzane, aby zjeść je na miejscu. I o takie miejsce właśnie mi chodziło – gdzie mogę wybierać z różnych potraw po trochu. No więc wybrałem: kurczaka w gęstym sosie cytrynowym, grillowane plastry bakłażana z cudownie przyprawionym nadzieniem, pieczonego fenkuła, grillowane szalotki i mieszankę grillowanych warzyw. Wszystko idealnie przyprawione, słowem – najlepszy posiłek, jaki do tej pory jadłem podczas mojej podróży. Dania przyrządzała mama właściciela sklepu. Za całość zapłaciłem 14 euro, ale najadłem się po uszy.

Deser zafundowałem sobie w małej cukierni w jednej z wąskich, uroczych uliczek. Był to kawałek panforte di Siena, czyli czegoś w rodzaju czekoladowego batona z bakaliami. Trafiłem idealnie, bo to tradycyjny wypiek tutejszych rejonów. Legenda głosi, że ciasto jest poniekąd dziełem szatana. To on bowiem, pod postacią czarnego kota, namówił w czasach średniowiecza pewną zakonnicę, aby ta spróbowała mieszanki owoców z orzechami, którą właśnie przyrządzała. Tak właśnie rozpoczęła się tradycja pieczenia panforte di Siena w okresie bożonarodzeniowym.

Mój deser był rzeczywiście grzechu warty. Sycący, pyszny, pachnący cynamonem, imbirem, goździkami, gałką muszkatołową i kolendrą.

Tuż obok cukierni zobaczyłem suszące się udźce szynek, więc nie omieszkałem wstąpić i tutaj. Tym razem kupiłem kawałek pecorino. W końcu w niedalekiej Pienzie ser ten ma swoją ojczyznę.

Wystawa kolejnego sklepiku kusiła truflami. Niestety sjesta znów pokrzyżowała mi plany zakupowe.

3.09.2015

Poprzedniego wieczoru dotarłem do Rzymu. Co mi zaoferuje kuchnia wiecznego miasta?

Pierwsze, co uderza we włoskiej stolicy, to niekończące się tłumy turystów, które rozdeptują wspaniałe zabytki. No i wpływają na ofertę kulinarną. Niestety negatywnie. Wiedziony wczorajszym doświadczeniem obiadu u rzeźnika, wstąpiłem do baru, w którym mogłem wybrać dania podobne do tych ze Sieny (choć wybór był znacznie uboższy). Ich smak bardzo mnie jednak rozczarował. Bakłażany nie miały pysznego nadzienia, były po prostu posypane bułką tartą, a kurczak w sosie cytrynowym w ogóle nie był przyprawiony.

Skończyło się na tym, że obiad zjadłem w restauracji typu „all you can eat”, położonej niedaleko fontanny di Trevi. Skosztowałem różnych potraw, płacąc za całość 10 euro. Ich smaki pozytywnie mnie zaskoczyły. Wbrew pozorom, szef kuchni nie szedł na ilość, lecz na jakość. Zjadłem pizzę, taghliatelle, gnocchi, lazanię i grillowane warzywa. A na deser – puchar świeżych owoców.

4.09.2015

Wyruszyłem do Neapolu w nadziei, że po drodze zjem pyszną mozarellę. W końcu przejeżdżam przez region słynący z jej produkcji. W miejscowości Mondragore, wzdłuż drogi ciągną się liczne sklepy, w których można od razu na miejscu zjeść posiłek. Wstąpiłem do jednego z nich i wybrałem dwie duże kulki mozarelli i dwa rodzaje zapiekanek: jedna to zapiekane w cieście różne rodzaje serów (w tym mozarella), druga zaś była z prosciutto i jajkiem. Do tego kazałem dorzucić garść pomidorków koktajlowych. Prosciutto natomiast nie wziąłem, bo widok chodzących po wędlinach much skutecznie mnie do tego zniechęcił. Jedzenie było smaczne i niewątpliwie bardziej włoskie od wszystkiego, co jadłem do tej pory. Wrażenia zakłócił jednak panujący w sklepie brud. Cóż, widać jeszcze nie zdążyłem przyzwyczaić się do lokalnego kolorytu południowych Włoch… Ale dla smaku włoskiej mozzarelli warto zrobić wiele. Mozarellę di bufala wytwarza się z mleka specjalnej rasy bawołów (bufala). Serowi z mleka krów imitującemu mozarellę (a taką można kupić w Polsce) daleko do tej prawdziwej.

To, że dojeżdżam do Neapolu z łatwością poznałem po specyficznych zasadach ruchu drogowego, a raczej po... braku zasad. Każdy jedzie, jak chce, wymuszanie pierwszeństwa leży na porządku dziennym, a przy tym nikt nie przeklina, jak to miałoby miejsce u nas.

Neapol przywitał mnie mieszanką zapachu spalin i bazylii. Ruch na ulicach ogromny, korków uniknąć nie sposób, dlatego dla tych, którzy chcą zwiedzić najbardziej na północ wysunięte miasto afrykańskie, jak nazywany jest Neapol, najlepszym miejscem wypadowym są Pompeje, skąd do tej ruchliwej metropolii dojedziemy pociągiem.

Na kolację dotarłem do lokalnej pizzerii w Pompejach. W końcu nadszedł czas, aby spróbować prawdziwej włoskiej pizzy. Gdzież indziej to uczynić, jak nie koło Neapolu – kolebki tej sztandarowej włoskiej potrawy? No i się nie zawiodłem. Prawdziwa pizza powinna składać się z drożdżowego ciasta, które wyrasta i fermentuje od ośmiu do 36 godzin, a następnie wraz z dodatkami, jest wypiekane w piecu opalanym drewnem w bardzo wysokiej temperaturze 400°C, by ciasto nie zdążyło stwardnieć.

Moja pizza miała miękkie ciasto, chrupiące na brzegach, ślady popiołu i pęcherzyki powietrza na powierzchni skórki. Po tym poznaje się właśnie prawdziwą pizzę. Tak, lepszej pizzy niż w pizzerii la Spicciolata w Pompejach (ale nie w turystycznym centrum, tylko daleko na obrzeżach miasta) nie jadłem jeszcze nigdy w życiu. I jeszcze pokaz przyrządzania pizzy, którą rodowity Włoch szykował i piekł na moich oczach (mogłem zajrzeć nawet w głąb pieca!) i byłem w siódmym niebie.

Dużą pizzą (7 do 10 euro w zależności od dodatków) spokojnie najedzą się (a nawet przejedzą, ale jak tu skończyć ją jeść, skoro taka wyśmienita!) trzy osoby.

O miejsce narodzin pizzy spierają się sami Włosi. Ja jednak stoję na stanowisku, że pizza powstała właśnie w Neapolu. Podstawowa jej wersja – margherita – ma kolory włoskiej flagi: biały jak mozarella, czerwony jak pomidory i zielony jak bazylia. I właśnie tu, w Neapolu i jego okolicach, jest najsmaczniejsza.

05.09.2015

Z samego rana wyruszyłem na podbój kuchni neapolitańskiej. Zacząłem od jednego z setek stoisk, w których w Neapolu można nabyć przekąskę w postaci kawałka pizzy, bułki z przeróżnymi dodatkami, tłustego ciasta czy dziesiątków tutejszych słodyczy – bardzo słodkich i bardzo tłustych, często przypominających nasze pączki. Baba Napolitana to sztandarowy przykład właśnie takiej neapolitańskiej przekąski.

Ja zjadłem kwadratowy kawałek pizzy na grubym cieście za 1,20 euro. Co prawda nie tak dobrym, jak to wczorajsze w Pompejach, lecz intensywnie drożdżowym. Dodatki też nie były zbyt wyszukane – sos pomidorowy (wyśmienity) i żółty ser (fatalny), ale całość pozytywnie mnie zaskoczyła, bo po niezbyt apetycznie wyglądającym daniu z ulicy wiele się nie spodziewałem.

Potem espresso w małej kawiarni na rogu, zaraz przy wejściu do Neapolu podziemnego (90 centów). Muszę tu zaznaczyć, że tylko w Neapolu do kawy dostaję za każdym razem szklankę wody gazowanej. Dotychczas nie lubiłem espresso, ale to włoskie mnie urzekło. Choć nie do końca jeszcze piję je tak jak na prawdziwego Włocha przystało, bo zawsze proszę o dolanie mleka. Włoski barista chętnie mi je nalewa, ale dopiero po kilku zamówionych espresso zrozumiałem, skąd ten uśmiech na ustach każdego z nich. Pewien barista chyba nie wytrzymał i wybuchnął głośnym śmiechem: „Ha ha ha, latte macchiato!”. I wszystko stało się jasne... Dla mieszkańców Italii espresso z mlekiem to przecież już nie espresso.

Odkrywając tętniące życiem ulice Neapolu pożądanie zgłodniałem. Wtedy trafiłem na bar, w którym sprzedawano kebaby. Kebab we Włoszech – ojczyźnie tylu wyśmienitych potraw? Czyż to nie profanacja? Cóż, mimo wszystko postanowiłem spróbować. I powiem wam, że było warto. Ponoć najlepsze kebaby można dostać w Berlinie, ale ten okazał się jeszcze lepszy. Dla odwiedzających Neapol dodam, że najlepszego kebaba mogą zjeść na via Toledo.

Najsłynniejsza pizzeria w Neapolu nazywa się Brandi i ma wielowiekową tradycję. Niestety działa raczej pod turystów, dlatego ja, na zakończenie intensywnego dnia, postanowiłem wrócić do mojej pizzerii w Pompejach na najlepszą pizzę, jaką jadłem. I znów się nie zawiodłem.

06.09.2015

Wybrzeże Amalfi to podobno najpiękniejsze i najbardziej malownicze miejsce we Włoszech. Skoro byłem tak blisko, postanowiłem to sprawdzić. Ten dzień zarezerwowałem sobie na kontemplowanie widoków. Niestety skończyło się na spędzeniu dnia w… jednym wielkim korku. Wybrzeże Amalfi jest nie do przebrnięcia samochodem. A już na pewno nie w niedzielę. Cóż, widoki podziwiałem, ale z okna samochodu. Nie dane mi było zatrzymanie się w żadnym z malowniczych miasteczek wybrzeża, ponieważ na trasie kilkudziesięciokilometrowego korka nie uświadczyłem ani jednego miejsca, w którym mógłbym zaparkować samochód. Z tego też powodu nie miałem też okazji spróbować czegoś do jedzenia w Amalfi, Positano czy Ravello. Na posiłek więc wróciłem znów do Pompejów, gdzie tym razem zjadłem ćwierć grillowanego kurczaka z pieczonymi ziemniakami, w sosie z białego wina. Porcja ogromna (na porządny obiad dla czterech osób), a zapłaciłem tylko 6 euro. W dodatku danie było pyszne.

07.09.2015

Ten dzień znów spędziłem w Neapolu, bo miasto to miało jeszcze sporo kulinarnych tajemnic do odkrycia. Przede wszystkim liczne apetycznie wyglądające przekąski oferowane co krok na ulicznych straganach. Spróbowałem więc na początek pizza fritta, czyli pizzy smażonej. Popularny tu przysmak powstaje z ciasta drożdżowego, takiego jak na tradycyjną pizzę. Na nie nakłada się dodatki: ser, szynkę lub boczek. Całość należy zlepić jak ogromnego pieroga, wrzucić na gorący olej i chwilę smażyć. Danie to ma z 1000 kalorii, jeśli nie więcej i jest wyjątkowo tłuste. Zauważyłem, że w ogóle kuchnia południowych Włoch jest o wiele bardziej tłusta i również znacznie bardziej słodka od kuchni północy. Tę różnicę widać też po sylwetkach mieszkańców północy i południa. Mój zamiar jedzenia nie tylko smacznie, ale i zdrowo na południu Włoch stał się nie lada wyzwaniem. Powiem szczerze, że po wchłonięciu pizzy fritty już się poddałem i zaniechałem zdrowego odżywiania. Przynajmniej na jakiś czas...

Jak już jemy południowe specjały, to jemy na całego! Czas więc na spróbowanie neapolitańskich słodyczy. Zacząłem od okrągłego ciastka z dużą ilością migdałów i dziurką w środku, kupionego za 1 euro w lokalu, w którym zostało właśnie przed chwilą wypieczone. Ciastko okazało się wcale nie słodkim ulepkiem, czego się spodziewałem, lecz słono-pikantną przekąską, a to mnie bardzo ucieszyło.

Potem zjadłem jeszcze neapolitańską, tłustą babę (coś w rodzaju naszego pączka, lecz o kształcie przypominającym ciasto – babkę).

Ostatnie dni były bardzo intensywne. Przejechałem 2700 km, nie licząc chodzenia. Postanowiłem więc tydzień odpocząć na plaży nieopodal miejscowości Pizzo, 80 km przed Sycylią.

15.09.2015

Pora wracać. Wszystko, co dobre i –smaczne – szybko się kończy. Tego dnia przejechałem autostradą 942 km z Neapolu do granicy z Austrią (za całą tę trasę i zapłaciłem 70,10 euro) i w ten oto sposób w kilka godzin znalazłem się w innym świecie. Bardziej europejskim, uporządkowanym… ale czy lepszym? Na pewno innym. A na południe Włoch wrócę z pewnością jeszcze nie raz.


Piotr Koluch


PRO-TEST na Facebooku