Uwaga! Ta strona używa plików cookies i podobnych techonologii (kliknij aby poznać politykę plików Cookies)
Akceptuj i zamknij
Artykuły: Dania gotowe
Udostepnij
Artykuły: Jedzenie z laboratorium PRO-TEST: Nr 2 (96) luty 2010
 Dania  gotowe Dania gotowe Jedzenie z laboratorium Mrożona pizza, gołąbki ze słoika, zupka w proszku – to coraz częstsze menu Polaków. Dziś żywność ma już nie tylko zaspokajać głód. Ma być też praktyczna, szybka i prosta w przygotowaniu. Coraz mniejszy wkład w to, co zjadamy, ma rolnik, coraz większy za to chemik z laboratorium.

Czy pamiętasz, jak gotuje się prawdziwy bigos albo flaki? Aby spróbować takich specjałów wyruszamy na niedzielny obiad do mamy albo jeszcze lepiej – babci. Na co dzień, w pośpiechu, wbiegamy do sklepu, chwytamy gotową zupę i drugie danie w plastikowym pojemniku. W domu wystarczy je podgrzać, a czasem tylko zalać gorącą wodą. Po chwili posiłek jest gotowy. Może nie wygląda tak znakomicie, jak na kolorowym opakowaniu, ale przymykamy na to oko.

Gotowa Europa

Pokaż mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś. To prawda stara jak świat. O tym, jak wygląda menu przeciętnego Polaka, można przekonać się zaglądając w supermarkecie do jego kosza z zakupami. Warzywa i owoce, o ile w ogóle się pojawiają, są tam tylko dodatkiem. Podstawę stanowią gotowe dania przeznaczone do szybkiego przygotowania. Występują w formie proszków lub przecierów. Ekstremalnym ich wydaniem są gotowe zestawy posiłków do podgrzania. Kuchnia staje się dziś w wielu domach pomieszczeniem do picia herbaty, elegancko urządzonym wnętrzem pełnym lśniących, nieużywanych garnków. Do sporządzania posiłków wystarczy czajnik i kuchenka mikrofalowa.

700 mln złotych – tyle według danych Euromonitora wydają rocznie Polacy na produkty gotowe. W 2008 roku sprzedaż takich dań wzrosła w stosunku do roku poprzedniego aż o 21%. Amatorów żywności gotowej wciąż przybywa. I to w tak szybkim tempie, że rynek dań gotowych jest dziś jedną z najprężniej rozwijających się kategorii spożywczych. Mimo to Polacy i tak pozostają w tyle za konsumentami z Europy Zachodniej – oni kupują cztery razy więcej dań gotowych niż my. W jeszcze bardziej skrajnej formie zamiłowanie do gotowego jedzenia można obserwować w Stanach Zjednoczonych.

Gotowe od dziecka

Kryzys gospodarczy oszczędził branżę półproduktów. Ba, nawet jej sprzyja: w trudnych czasach mniej ludzi pozwala sobie na posiłek w restauracji. W zamian kupują mrożoną pizzę, frytki z torebki czy purée w proszku. Gotowe dania już dawno przestały być tylko okazjonalnym posiłkiem kulinarnych malkontentów, studentów i osób pracujących od świtu do nocy, którzy nie mają czasu na ugotowanie domowego obiadu. Zupka w proszku na śniadanie zalewana wrzątkiem przez gospodynię na polskiej wsi – taki widok dziwi już co najwyżej podążających za trendami zdrowego odżywiania miastowych. U naszych zachodnich sąsiadów sprawy nie wyglądają lepiej: W Niemczach dziewięcioro na dziesięcioro dzieci je co najmniej raz na trzy dni któreś z bogatej oferty gotowych dań. W Danii organizacje konsumenckie i dietetycy biją na alarm: Tam mało które dziecko w wieku szkolnym jada warzywa i owoce. Co więcej, niektórych wciąż u nas popularnych warzyw nawet nie widziało na oczy. Przywiązanie do produktów gotowych jest już wśród zachodnich konsumentów tak duże, że wielu z nich nawet nie zdaje sobie sprawy, co tak naprawdę jest produktem naturalnym, a co wysokoprzetworzonym. Mrożona pizza? Według niektórych do dań gotowych nie należy, bo przecież trzeba ją podgrzać w mikrofalówce…

Skutki diety, w której zbyt często sięgamy po półprodukty, mogą być poważniejsze niż nam się wydaje. Szczególnie w przypadku dzieci. Badania pokazują, że osoby, które od dziecka często jadały gotowe produkty, również w wieku dorosłym będą regularnie po nie sięgać. Sztuczne aromaty dodawane do takich wyrobów szybko kształtują nasze nawyki żywieniowe. Powodują, że odzwyczajamy się od naturalnych smaków i zapachów, coraz bardziej smakują nam natomiast te syntetyczne, wytworzone w laboratorium.

Pełne menu

Dań gotowych przybywa na półkach sklepowych z miesiąca na miesiąc. Producenci robią wszystko, by zaspokoić nasz apetyt i oszczędzić cenny czas. Z gotowej żywności z łatwością skomponujemy cały obiad złożony z dwóch dań i deseru. Do dyspozycji mamy ogromny wybór zup o przeróżnych smakach, także owocowych, z dodatkiem ryżu, klusek, grzanek – to na pierwsze danie. Na drugie – na przykład makaron z gotowym sosem albo purée ziemniaczane w proszku z dodatkiem klopsów ze słoika. Dla wielbicieli słodyczy jest pudding, ryż z owocami, ciasto w proszku, no i oczywiście kisiel oraz budyń instant. Czyż można oprzeć się takiej ofercie?

Szybkość i łatwość przygotowania posiłku to niewątpliwa zaleta gotowych dań. Ale za tę wygodę płacimy dużą cenę: Żywność, która ląduje na naszych talerzach, jest nam całkowicie obca. Nie mamy pojęcia, z czego i jak powstała. To, co zjadamy, zależy tylko od producentów, u których co pewien czas wykrywane są kolejne afery, kiedy okazuje się, że ich produkty nie są w rzeczywistości takie, jak być powinny.

Kolejny problem z wysokoprzetworzoną żywnością to jej wartość kaloryczna. Trudno ją oszacować. Często wydaje nam się, że pochłaniamy znacznie mniej kalorii, niż to ma miejsce w rzeczywistości. Co innego, gdy podczas gotowania domowego obiadu, każdy składnik wrzucamy do garnka sami. Poza tym zwykle produkty wysokoprzetworzone mają też większą gęstość energetyczną od nieprzetworzonych. Co to oznacza? Przy tej samej wadze są bardziej kaloryczne.

Zdrowy wyjątek

Gotowe dania mają nie tylko zaspokoić nasz apetyt i usprawiedliwić nasze lenistwo czy – jak kto woli – brak czasu. W reklamach słyszymy, że mają także ułatwiać nam życie, pozytywnie oddziaływać na naszą kondycję i samopoczucie. Producenci zapewniają o naturalnym smaku i wysokich wartościach odżywczych. Wierzyć im czy nie? Jedno jest pewne: Im bardziej produkt jest przetworzony, tym bardziej modyfikuje się go substancjami dodatkowymi, na przykład zagęszczaczami. Taka żywność nie zawiera naturalnych witamin i soli mineralnych – jest nimi wzbogacana w procesie produkcji. Tymczasem jeśli chcemy odżywiać się racjonalnie, na naszych talerzach powinny jak najczęściej gościć produkty naturalne. Bez owoców i warzyw się nie obejdzie. Poza tym obowiązuje zasada: im mniej pozycji na liście składników, tym lepiej dla nas. Jest jeszcze druga zasada: im krótszy termin przydatności do spożycia, tym zazwyczaj wyrób jest zdrowszy. Pułapka, która czyha na amatorów półproduktów, to małe urozmaicenie posiłków. – Wiele firm ma w swojej ofercie ogromny wybór dań i smaków, są wśród nich i propozycje kuchni innych narodowości, ale konsumenci najczęściej wybierają tradycyjne smaki, nie starają się wzbogacać jadłospisu. Powinniśmy te przyzwyczajenia zmienić przede wszystkim ze względów zdrowotnych – mówi dr Andrzej Janicki z Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW.

A zatem „szybka żywność” do najzdrowszych nie należy. To fakt. Jednak jest od niego co najmniej jeden wyjątek: mrożonki. Warzywa z zamrażalnika to kompromis między tym, co zdrowe, a tym, co szybkie do przyrządzenia. Niektóre z nich mogą zawierać nawet jeszcze więcej witamin niż warzywa świeże. W szczególności, gdy te przestają już zasługiwać na nazwę „świeże” – gdy czas od momentu opuszczenia przez nie pola, na którym rosły, do chwili, kiedy zajdą się na naszym stole, zbytnio się wydłuża.

Żywność z laboratorium

Skoro nie mamy czasu na ugotowanie obiadu, zapewne nie znajdziemy go też na przeczytanie składu podanego na opakowaniu. Tym bardziej, że jest wydrukowany drobnym druczkiem na odwrocie pudełka. To lektura dla najbardziej wytrwałych! Jeśli jednak przez nią przebrniemy, dowiemy się, że to, co trafia na nasze talerze, zawiera wszelkiego rodzaju koncentraty, skrobię modyfikowaną, zagęszczacze, substancje wzmacniające smak i zapach, aromaty, regulatory kwasowości, barwniki, chemiczne konserwanty. Niekiedy podawana jest zawartość tłuszczu, węglowodanów, błonnika. Witaminy i składniki mineralne – o ile nie dodane w laboratorium – występują w ilościach śladowych.

Gdyby nie ciągnąca się w nieskończoność lista składników o groźnie brzmiących nazwach, większość produktów gotowych do spożycia po krótkim podgrzaniu lub tylko zalaniu wrzątkiem, nie przetrwałaby kilku dni. Części z nich w ogóle byśmy nie przełknęli – byłyby tak niesmaczne i wyglądałyby tak nieapetycznie. Kluczem do tego, by połączyć długi termin przydatności, łatwość przygotowania i smak, jest… laboratorium chemiczne. To tutaj powstają choćby aromaty, którym sos, zupka z proszku czy nawet jogurt owocowy zawdzięczają swój smak i zapach. Syntetyczny aromat oszczędza pieniądze i czas: wystarczy podać przykład sera pleśniowego. Jego naturalny proces dojrzewania trwa miesiące. Ale chemikom udało się stworzyć w laboratorium związek, który może po prostu zastąpić smak dojrzałego sera. I tak ser może dziś powstać w kilka chwil.

W tworzeniu aromatów chodzi o odpowiednią budowę cząsteczek, a nie o pochodzenie surowców. Wystarczy poznać budowę związku chemicznego odpowiadającego za smak dajmy na to truskawek, aby w laboratorium stworzyć jego kopię. Nie trzeba do tego używać prawdziwej truskawki. Równie dobrze może ją zastąpić… pomidor. W jogurcie raczej nie znajdziemy więc truskawek prosto z pola. W większości przypadków truskawkowy smak, zapach i aromat pochodzą z… laboratorium. Często wśród składników podanych na opakowaniu widzimy napis „aromat identyczny z naturalnym”. Co to znaczy? To substancje smakowe, wytworzone sztucznie, ale tak, by ich budowa była taka sama jak budowa naturalnych aromatów z truskawek. Nawet umieszczona na liście składników pozycja o nazwie „aromat naturalny” nie musi oznaczać, że aromat ten pochodzi z truskawek. Mógł powstać z jakiejś innej substancji, ważne tylko, by była pochodzenia roślinnego lub zwierzęcego. Są bakterie, pleśnie i inne mikroorganizmy, które potrafią wyprodukować substancję smakową przypominającą truskawki. Wystarczy, że użyje się w laboratorium określonych metod.

Aromaty stworzone w laboratorium mogą być nawet jeszcze bardziej intensywne od swoich naturalnych odpowiedników. Z takim poprawianiem natury mamy do czynienia choćby w przypadku wanilii. Jej „ulepszona” wersja to etylowanilina. Ma trzykrotnie intensywniejszy smak od wanilii naturalnej.

Piękni, młodzi i… szybcy

Współczesne czasy wymagają od nas coraz większej dyspozycyjności, żelaznego zdrowia i zadowolenia wypisanego na twarzy. Z ulicznych plakatów zachęcająco uśmiechają się piękni, młodzi ludzie, trzymający w dłoni kolorowe kubki. Nie dla nich monotonne gotowanie. Oni osiągnęli sukces, którym chcą się z nami podzielić. „Gdy sięgniesz po kolorowy kubek z reklamy, będziesz taki jak my” – wydają się przekonywać. Szybkie dania w reklamie znakomicie wyglądają i niewiele kosztują. Kupowaniu zupek i budyniów w proszku sprzyjają wszelkie dłuższe wyjazdy, od biwaku począwszy, a skończywszy na konferencji naukowej. Kilkunastominutowa przerwa w pracy jest zbyt krótka, aby pójść gdzieś na obiad, ale ten czas można wykorzystać na zalanie wrzątkiem pomidorowej albo „tradycyjnego” żurku. Czy to źle? Nic złego się nie stanie, jeśli od czasu do czasu sięgniemy po ogórkową z torebki. Gorzej, kiedy jedzenie gotowych dań zamienia się w nawyk, kiedy nie jesteśmy w stanie przyznać się do zwykłego lenistwa, a ugotowanie ziemniaków staje się czynnością przekraczającą nasze umiejętności.

PRO-TEST na Facebooku