Uwaga! Ta strona używa plików cookies i podobnych techonologii (kliknij aby poznać politykę plików Cookies)
Akceptuj i zamknij
Artykuły: Wartości odżywcze
Udostepnij
Artykuły: Warto znać wartość PRO-TEST: Nr 1 (84) styczeń 2009
 Wartości odżywcze Wartości odżywcze Warto znać wartość Ile cukru znajduje się w twoim ulubionym napoju? A ile w jogurcie? Aby ułatwić konsumentom orientację w oznakowaniu produktów spożywczych wartościami odżywczymi, Unia Europejska chce, aby na opakowaniach znajdowały się informacje w formie ujednoliconego systemu. Problem w tym, że o interesy polskiego konsumenta w tej kwestii nie ma kto zadbać.

Za dużo cukru, za dużo tłuszczu – to główne dietetyczne grzechy Europejczyków. Polaków niestety też. Dlatego nasze społeczeństwa stają się coraz grubsze. Niewłaściwa dieta odbija się nie tylko na naszym wyglądzie, ale i na zdrowiu. Z takim stanem rzeczy chce skończyć Komisja Europejska, która planuje ułatwić konsumentom orientację w informacjach o wartościach odżywczych podawanych na opakowaniach produktów. Obecnie trwa debata, co zrobić, aby rozpoznanie, ile cukru kryje cola, ile jogurt, a ile tłuszczu mrożona pizza, było teraz prostsze. Jak na razie często trudno nam połapać się w informacjach umieszczanych na etykietach. Niewielu konsumentów w ogóle czyta napisy na produktach. Średnio zaledwie 18% Europejczyków regularnie szuka w sklepie informacji na temat wartości odżywczych na opakowaniach produktów spożywczych – wynika z badania przeprowadzonego przez Europejską Radę Informacji o Żywności (EUFIC). Udział takich konsumentów żądnych wiedzy waha się od 27% w Wielkiej Brytanii do 9% we Francji. W Polsce jest ich 14%.

Batalia o znakowanie

Jak zachęcić konsumentów do sprawdzania wartości odżywczej produktów, które lądują w ich koszyku? Przedstawiać ją w sposób przejrzysty, a zarazem dokładny. O tym, który system oznaczania wartości odżywczej, jest najlepszy, od miesięcy dyskutują w Europie politycy, organizacje konsumenckie i producenci. Batalia toczy się o wprowadzenie jednego z dwóch głównych systemów informacji jako obowiązującego w całej Unii: brytyjskiego modelu sygnalizacji świetlnej lub modelu GDA. Byłoby to oznakowanie dobrowolnie stosowane przez producentów.

Ile wolno zjeść, czyli GDA

GDA to skrót od angielskiego sformułowania „Guideline Daily Amounts”, co można przetłumaczyć jako „wskazane dzienne spożycie”. Ten system oznaczania wartości odżywczej to propozycja przedstawicieli producentów, a ściślej Konfederacji Przemysłu Żywności i Napojów UE (CIAA), jako program do dobrowolnego stosowania przez przemysł żywnościowy w krajach Unii Europejskiej. – W Polsce od ponad roku oznakowanie to wprowadza Polska Federacja Producentów Żywności jako dobrowolny program dla producentów – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny tego stowarzyszenia.

Na informacji podanej w systemie GDA widzimy dwa elementy: Jeden pokazuje nam, ile kilokalorii, cukru, tłuszczu, nasyconych kwasów tłuszczowych oraz sodu zawiera jedna porcja danego produktu. Drugi element oznakowania GDA informuje nas, jaki to procent wskazanego dziennego spożycia. – Optujemy za systemem GDA, bo dostarcza konsumentowi o wiele więcej użytecznych żywieniowo informacji niż model sygnalizacji świetlnej – mówi Andrzej Gantner.

Trzy kolory, czyli światła drogowe

Wielu dużych producentów stosuje oznakowanie w systemie GDA. Niemniej jednak europejskie organizacje konsumenckie, w tym BEUC czy organizacje brytyjskie i niemieckie, optują za drugim modelem – sygnalizacji świetlnej. Jest on popularny w Wielkiej Brytanii. Podobnie, jak model GDA, pokazuje, ile cukru i innych składników odżywczych zawiera jedna porcja produktu. Niektórzy producenci umieszczają dodatkowo procent pokrycia dziennego zapotrzebowania na dany składnik oraz liczbę kilokalorii. Ale najważniejszy element tego oznakowania to kolory: czerwony oznacza wysoką zawartość danego składnika odżywczego, żółty – średnią, a zielony – niską. I tak na przykład produkt, który zawiera więcej niż 12,5 g cukru na 100 g, otrzymuje kolor czerwony w opisie cukru.

Z badań przeprowadzonych przez organizacje konsumenckie z Wielkiej Brytanii (Which?) i z Holandii (Consumentenbond) wynika, że model świateł drogowych jest najbardziej czytelny i dobrze rozpoznawalny przez konsumentów. Nie wymusza znajomości wartości, które są dla organizmu korzystne, a które nie, tylko po prostu pokazuje zgodnie z powszechnie znanymi oznaczeniami kolorystycznymi, czy mamy do czynienia z wartością, na którą trzeba już zwracać szczególną uwagę, czy też można dany produkt konsumować bez obaw. Badanie Holendrów pokazało jeszcze jedną wadę systemu GDA: otóż wielu konsumentów traktuje „wskazane dzienne spożycie”, czyli GDA jako ilość, którą należy spożyć w ciągu dnia, a nie jako maksymalną ilość akceptowalną z punktu widzenia zdrowego odżywiania.

Widmo strat

Taka sygnalizacja świetlna ostro ocenia niektóre produkty. Przykład? To nasz ostatni test płatków śniadaniowych. We wszystkich badanych płatkach z polskich sklepów zawartość cukru była tak wysoka, że gdyby oznaczono je według systemu sygnalizacji świetlnej, dostałyby czerwone światła za ilość cukru. Nic więc dziwnego, że przedstawiciele producentów są przeciwni wprowadzeniu tego systemu. Argumentują, że za bardzo upraszcza informacje o wartości odżywczej, a tym samym dyskryminuje wiele produktów. Za tą krytyką stoi jednak prawdopodobnie strach przed stratami – na przykład takimi, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie obroty wieloma towarami oznaczonymi na żółto i czerwono spadły po wprowadzeniu sytemu znakowania sygnalizacją świetlną. – Etykiety żywności mogą wywierać ogromny wpływ na decyzje zakupowe konsumentów – przyznał były unijny komisarz ds. zdrowia, Markos Kyprianou.

GDA nie dla dzieci

Główny problem z oznaczaniem wartości odżywczych oraz pokrycia naszego dziennego wskazanego spożycia polega na ustaleniu tego, ile tak naprawdę potrzebujemy cukru, tłuszczu czy soli. Jak wiadomo, to zapotrzebowanie zależy od bardzo wielu czynników – chociażby od wieku, płci czy aktywności człowieka. Dlatego też model sygnalizacji świetlnej może dać nam jedynie przybliżoną orientację. Poza tym oznaczanie produktów kolorami nie powie nam, czy wysoka zawartość tłuszczów nie dotyczy na przykład zdrowych nienasyconych kwasów tłuszczowych. Do oznaczania produktów, które składają się w przeważającej części z tłuszczu system sygnalizacji świetlnej też się nie nadaje: weźmy na przykład takie masło – przecież to niemal sam tłuszcz.

Głosy krytyki pojawiają się również w stosunku do modelu GDA. – Tego typu propozycje ignorują to, co jest najlepsze dla konsumentów, a optują za tym, co najlepsze dla niektórych branż przemysłu spożywczego – tak oceniła model GDA Sue Davies z brytyjskiego magazynu „Which?”. Organizacje konsumenckie w Europie zarzucają producentom, że rzeczywistą zawartość cukru lub tłuszczu przedstawiają w sposób zawoalowany. Test płatków śniadaniowych  pokazał, na czym to polega: w badaniach okazało się, że wszystkie płatki z testu to istne bomby cukrowe, tymczasem informacje żywieniowe umieszczone na opakowaniach sprawiały całkiem odmienne wrażenie. Jedna porcja o 30 g w 12% pokrywa wskazane dzienne spożycie cukru – dowiadujemy się na przykład z etykiety płatków Nestle Cheerios. To prawda, ale tylko w przypadku, gdy przyjmujemy zapotrzebowanie w ilości 90 g cukru, które dotyczy osoby dorosłej. W systemie GDA to normalne, że dane o pokryciu zapotrzebowania na składniki odżywcze odnoszą się do dorosłych. Dlatego problem z dezinformacją pojawia się w przypadku produktów przeznaczonych dla dzieci – właśnie na przykład płatków śniadaniowych w kolorowych opakowaniach. Porcja 30 g przetestowanych płatków Nestle Cheerios pokrywa znacznie większy procent dziennego spożycia cukru przez dzieci. Dzieci w wieku szkolnym powinny bowiem dziennie zjadać maksymalnie jedną trzecią ilości cukru spożywaną przez dorosłych. Kolejną wadą modelu GDA jest fakt, że takie oznaczenia na produktach nie informują nas, ile cukru zostało do produktu sztucznie dodane, a jaka jego część jest pochodzenia naturalnego.

Nikt nie pyta Polaków o zdanie

Kraje członkowskie dyskutują na forum Unii Europejskiej nad najlepszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o sposób oznaczania wartości odżywczych. Jakie jest oficjalne stanowisko Polski? W naszym kraju nie było takiej dyskusji nad proponowanymi systemami, w której głos mieliby najbardziej zainteresowani tematem, czyli konsumenci. – Decyzję o umieszczeniu na opakowaniu produktu jednego z dobrowolnych systemów podejmuje producent, ale ponieważ informacja ta jest skierowana do konsumenta, powinno się wziąć pod uwagę jego preferencje. Nie są mi znane wyniki badań konsumenckich w Polsce, które dotyczyłyby zrozumienia i wykorzystywania w praktyce dobrowolnych systemów znakowania – mówi Barbara Ratkovska z Instytutu Żywności i Żywienia. Rzeczywiście, jak dowiedzieliśmy się od Jana Bondara z GIS-u, w Polsce nie przewiduje się badań dotyczących preferencji konsumentów w tym zakresie.

To właśnie wydaje się być bolączką naszego kraju: gdzie indziej najczęściej producenci są za wprowadzeniem systemu GDA, a organizacje konsumenckie przeciw. Za granicą robi się badania konsumentów, z których wynika stanowisko samych zainteresowanych. Na przykład Brytyjczycy opowiadają się za modelem świateł drogowych, a Francuzi za GDA. Polaków jak na razie nikt o zdanie nie pyta. Organizacja, która reprezentuje polskich konsumentów i z którą konsultowane są instrukcje przedstawicieli naszego kraju w Unii, to Federacja Konsumentów. Jakie jest jej stanowisko w kwestii modelu znakowania żywności? „Polska Federacja Producentów Żywności, Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji oraz Federacja Konsumentów wspólnie prowadzą projekt, który ma na celu zwiększenie poziomu wiedzy żywieniowej u konsumentów oraz umożliwienie im pełnego zrozumienia oznaczeń żywieniowych używanych przez system znakowania wartością odżywczą opierający się na wskazanym dziennym spożyciu (GDA)” – czytamy na stronie internetowej Federacji Konsumentów.

Kto ma zajmować się określaniem wielkości porcji, co do której odnosi się informacja żywieniowa umieszczana na produkcie? – Obecnie obowiązujące przepisy prawne nie definiują pojęcia „porcja”. Przedmiotowy projekt rozporządzenia wspólnotowego [dotyczący przekazywania konsumentom informacji na temat żywności – przyp. red.] na obecnym etapie prac również nie zawiera takiej definicji – informuje Jan Bondar z GIS-u. A zatem wielkość porcji to jak na razie jedna wielka niewiadoma.

Informacja to podstawa

Powyższe przykłady pokazują, że oba modele oznaczania wartości odżywczych mają zarówno wady, jak i zalety. Aby były wskazówką dla nas, konsumentów, ważne jest, aby:

  • wartości referencyjne były zgodne z zaleceniami naukowców; jeżeli zaś są zbyt wysokie w stosunku do zalecanego dziennego spożycia, oznakowanie GDA tworzy błędny obraz danego produktu (informacje o zapotrzebowaniu na różne składniki odżywcze opracowuje w Polsce Instytut Żywności i Żywienia)
  • porcje były porównywalne; tymczasem jak na razie producenci sami ustalają, jaka ilość danego produktu stanowi jedną porcję, co utrudnia konsumentom porównania; dobrym rozwiązaniem jest podawanie wartości odżywczych zawsze dla 100 g lub 100 ml, co dodatkowo rozwiązałoby problem podawania porcji często całkowicie oderwanych od rzeczywistości (np. garść chipsów lub pół mrożonej pizzy)
  • zróżnicować grupy konsumentów, gdyż co prawda podawanie, w ilu procentach pokryjemy dzienne zapotrzebowanie na dany składnik, jest dla konsumentów przydatną informacją, ale należałoby sprecyzować, o jakiego konsumenta chodzi i podawać informacje w odniesieniu na przykład nie tylko do dorosłego, ale i do dziecka.
 

Żadne oznakowanie produktów samo w sobie nie zmieni złych nawyków żywieniowych Europejczyków, niezależnie od tego, jak czytelne i zrozumiałe by było. Oprócz niego potrzebne jest edukowanie konsumentów, co jest zdrowe, a co nie. Szczególnie istotna wydaje się edukacja polskich konsumentów, bo – jak wykazało badanie EUFIC – nasza wiedza na temat wartości odżywczych wypada kiepsko w porównaniu z wiedzą obywateli innych państw europejskich. Po przedstawieniu klientom zestawu trzech produktów do wyboru w tej samej kategorii, łącznie ze wszystkimi informacjami zawartymi na opakowaniu, ponad 70% konsumentów we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii było w stanie prawidłowo zidentyfikować najzdrowszy produkt, a na Węgrzech, w Polsce i Szwecji udało się to jedynie około połowie badanych. W badaniu wiedzy o zawartości tłuszczów, cukrów lub soli w różnych produktach większość ankietowanych Europejczyków podawała poprawne odpowiedzi: średnio 70% respondentów z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Węgier, w Szwecji i Francji poprawnych odpowiedzi było 60%, a w Polsce – tylko 57%. Alarmujący jest fakt, że ponad jedna trzecia respondentów i – uwaga – ponad połowa Polaków sądzi, że dzieci potrzebują więcej kalorii niż dorośli mężczyźni. Okazało się też, że Polacy wiedzą najmniej o spożywaniu kwasów tłuszczowych omega-3 (tylko 47% z nas ma na ich temat wiedzę, podczas gdy w Szwecji to 88%). Takie wyniki nie wróżą dobrze zdrowiu naszego społeczeństwa. Dlatego informacja to podstawa dla polskich konsumentów. Ale nie byle jaka – informacja rzetelna i zrozumiała to podstawa.