Uwaga! Ta strona używa plików cookies i podobnych techonologii (kliknij aby poznać politykę plików Cookies)
Akceptuj i zamknij
Artykuły:
Udostepnij
Artykuły: Gorszy, bo kolorowy? PRO-TEST: Nr 12 (16) grudzień 2002
Gorszy, bo kolorowy? Dzisiaj nie dziwi już nikogo widok czarnego studenta, śniadego Araba prowadzącego własną restaurację czy handlującego na naszych ulicach Wietnamczyka. Kolor skóry przestał być czymś egzotycznym, stał się częścią codzienności, a ludzie innych ras częścią polskiego społeczeństwa. Czas więc, by zastanowić się: czy w Polsce kolorowy klient to gorszy klient? Niestety, wydaje się, że wielu obcokrajowców odpowiedziałoby na to pytanie twierdząco.

Przejawy nietolerancji zdarzają się w każdym społeczeństwie, uprzedzenia i stereotypy funkcjonują na każdej płaszczyźnie życia społecznego, również gospodarczo-usługowej. Czy w Polsce kolorowi obcokrajowcy traktowani są na równi z polskimi obywatelami? Czy mają takie same prawa? Czy nie są dyskryminowani w instytucjach usługowych? Czy w polskich sklepach, pubach i urzędach czują się ludźmi i klientami drugiej kategorii?

Okazuje się, że sytuacja kolorowego klienta w warszawskich lokalach usługowych, mimo że ciągle pozostawia wiele do życzenia, nie jest najgorsza. Wypadki gorszego traktowania zdarzają się, ale rzadko. Ich podstawą są głęboko zakorzenione i ciągle żywe w naszym społeczeństwie stereotypy i niechęć do poszczególnych nacji. Samym obcokrajowcom najbardziej doskwiera w Polsce trudność z porozumieniem się oraz nasza biurokracja panosząca się w urzędach.

Dyskryminacji ani grama

Sprzedawcy mówią jednym głosem: problemu dyskryminacji klientów ze względu na kolor skóry po prostu nie ma. - Nie robimy żadnej różnicy między Polakami a obcokrajowcami, bez względu na rasę - twierdzi sprzedawczyni jednego z warszawskich sklepów spożywczych przy Marszałkowskiej. - Każdego staramy się obsłużyć jak najlepiej. Pomagamy, gdy klient nie zna polskiego. To samo twierdzi jedna z ekspedientek sklepu z markową odzieżą. - Klient jest klientem bez względu na kolor skóry, chce kupić, my mamy mu w tym pomóc i sprzedać produkt. Według starej zasady klient płaci, klient wymaga.
Zdaniem samych klientów w rzeczywistości bywa inaczej. - Gdy wchodzę do sklepu, ludzie bardzo szybko mnie zauważają. Mam ciemną skórę i kojarzę się im z Cyganem. Stojąc w kolejce widzę jak osoby przede mną i za mną przyciskają swoje rzeczy do siebie i nerwowo rozglądają się. Zaś ekspedientki ze sklepu, w którym robię zakupy, chodzą za mną i przyglądają się temu, co robię, uważają że kolor skóry robi ze mnie przestępcę, to jest naprawdę upokarzające - mówi Mohammed Hamdi, Arab z Jordanii, od ośmiu lat w Polsce, właściciel jednego z warszawskich barów z kuchnią orientalną. - Moim zdaniem jednym z największych problemów waszego społeczeństwa jest generalizacja. Przykładowo jeśli przypominam kolorem skóry Cygana, to na pewno jestem złodziejem, bo każdy Cygan to złodziej, a przecież to kłamstwo.
W jednym z podziemnych przejść do metra Centrum zapytaliśmy młodego Wietnamczyka, czy czuje się źle traktowany w polskich sklepach. Odpowiedział krótko: - Tak. Traktujecie nas gorzej. Zaś na pytanie, dlaczego, stwierdził: - Po prostu nas nie lubicie. Nie chciał więcej mówić, ani podać nazwiska.
Dużo jest jednak, co cieszy, opinii pozytywnych. - W Polsce jako klient nie miałem żadnych problemów - mówi czarnoskóry Alfonse Nayigiziki pochodzący z Ruandy, w Polsce mieszka od 15 lat, pracuje w Warszawie jako aptekarz. - Z reguły zakupy robię w małych sklepikach w sąsiedztwie, atmosfera tam jest miła, znam właścicieli i ekspedientki, wszyscy są bardzo serdeczni. W innych sklepach także nie mam żadnych problemów. Nie zauważyłem, by ktoś mnie gorzej obsługiwał tylko dlatego, że jestem czarny. Najchętniej ubieram się w ubrania polskich producentów z Wólczanki i Bytomia. To naprawdę dobre i solidne firmy. Poza tym noszę i używam tylko markowych wyrobów.
Podobne odczucia ma inny cudzoziemiec, pochodzący z Kongo dziennikarz "The Warsaw Voice", Simon Mol. - W Polsce zostałem oszukany tylko raz w pewnym małym sklepiku, pani źle wydała pieniądze, nie wiem czy zrobiła to specjalnie czy po prostu się pomyliła - opowiada Simon. - Nie mam ulubionego sklepu ani miejsca, gdzie chodzę na zakupy. Idę tam gdzie mam bliżej i gdzie jest mi wygodniej, tak jak każdy. Największym problemem podczas zakupów są dla cudzoziemca ekspedientki, które nie znają angielskiego. Człowiek nie może kupić tego, co chce.

Obowiązujące w Polsce prawa konsumenta gwarantują klientowi niezbywalne prawa do dobrej jakości towarów i rzetelnej, uprzejmej obsługi w instytucjach usługowych. Okazuje się, że obcokrajowcy pracujący w branży znają je dobrze, a respektują być może lepiej niż ich polscy odpowiednicy. - Prawa konsumenta są mi znane - mówi Alfonse. - Sam pracuję w aptece i staram się, by klienci byli zadowoleni z produktu i obsługi, które proponujemy.

- Znam swe prawa jako klienta, ale także jako sprzedawcy. - tłumaczy Mahommed. - Nie uczyłem się tych zasad z polskiego kodeksu. Przywiozłem je ze sobą z własnego kraju. Wiem, że mam prawo kupić to, co chcę, muszę być szanowany i dobrze traktowany bez względu na to, kim jestem i skąd pochodzę. W moim kraju wszystkie narodowości traktujemy, tak aby czuły się jak u siebie w domu.

Puby nie dla wszystkich

W pubach, restauracjach i hotelach kolor skóry często determinuje zachowania usługodawców. Zdarzają się jednak miejsca gdzie Polak i cudzoziemiec mogą spodziewać się równego traktowania. - Kiedy otwierałam lokal, miał być to pub dla wszystkich - mówi Agnieszka Żmijewska, szefowa kawiarenki internetowej i pubu Casablanca Cafe. - To jednak obcokrajowcy upatrzyli go sobie. Sądzę, że zauroczyła ich przyjazna atmosfera. Przychodzą tu, bo lubią to miejsce. Często są samotni, szukają towarzystwa, tutaj mogą je znaleźć, miło spędzić wolny czas. Przychodzi wiele osób z krajów afrykańskich, Bliskiego i Dalekiego Wschodu, Azji i całej Europy, mieszanka jest bardzo urozmaicona.

- W Polsce, a szczególnie w Warszawie człowiek może znaleźć miejsce dla siebie, gdzie będzie czuł się dobrze tak jak np. tutaj, w Casablanca Cafe - dodaje siedzący obok Simon Mol.

Alfonse: - Nigdy nie czułem się w barach dyskryminowany. Chociaż zdarzały się niezręczne sytuacje. Kiedyś w jednym z pubów czekałem, aby ktoś mnie obsłużył. Kelnerka mimo, że mnie widziała długo nie chciała podejść. Jak się okazało nie znała angielskiego i nie wiedziała, jak się w mojej obecności zachować. Gdy okazało się, że znam polski, zobaczyłem ulgę w jej oczach.

Każdy medal ma jednak dwie strony: jasną i ciemną. Doskonale wie o tym szefowa Casablanki: - Kłopotliwe sytuacje zdarzają się na szczęście tylko czasami. Niedawno kilku dobrze ubranych panów z pewnej poważnej firmy wypiło za dużo. Zaczęli obrzucać, siedzących w naszej kawiarence, klientów-obcokrajowców wyzwiskami i wykrzykiwać hasła w stylu "Polska dla Polaków". Było mi za nich wstyd. Zostali natychmiast wyproszeni.

Czy ktoś tu mówi po angielsku?

Najgorszą opinię wśród petentów-cudzoziemców mają polskie urzędy. Dokucza nie tylko biurokracja, ale przede wszystkim brak szacunku ze strony urzędników i nieznajomość języków obcych. - Być może jest to odreagowanie kompleksu niższości, jaki Polacy mają w stosunku do cudzoziemców. Stwierdzają, że skoro za granicą traktują nas źle, to za karę my potraktujemy ich tak samo albo gorzej. Kiedyś w jednym z warszawskich komisariatów byłem świadkiem sytuacji: przyszedł okradziony cudzoziemiec, a niestety żaden policjant nie mógł mu pomóc, ponieważ nikt nie znał angielskiego - tłumaczy Jan Węgrzyn, Dyrektor Generalny Urzędu ds. Repatryjacji i Cudzoziemców.

Podobnie widzą ten problem sami zainteresowani: - Jest nam ciężko cokolwiek załatwić, brakuje informacji. Zwykle tylko od dobrej woli urzędnika zależy, czy petent coś załatwi czy nie. Często urzędnik widząc czarnego po prostu robi na złość, przedłuża i komplikuje załatwienie najprostszej sprawy. Dodatkowym utrudnieniem jest brak znajomości angielskiego przez urzędników, nawet tych w urzędach dla cudzoziemców - narzeka dziennikarz Simon Mol.

Ten Obcy

Polskie społeczeństwo przez 13 lat od demokratycznego przełomu stało się bardziej tolerancyjne i otwarte na wpływy innych kultur i widok ludzi innych ras. Niestety okazuje się, że często nadal boimy się obcych oraz inności. - Jeśli zauważałem jakieś oznaki uprzedzenia w stosunku do mojej osoby to sądzę, że wynikały one po prostu z niewiedzy i strachu przed kimś nieznajomym - wyjaśnia Alfonse. - Przejawy nietolerancji zdarzają się wszędzie - kontynuuje temat Simon. - U was w Polsce macie swoich skinheadów, którzy nienawidzą cudzoziemców, my mamy własnych, którzy nienawidzą białych. W Warszawie idąc ulicą nie czuję tego, że jestem inny. Sytuacja się zmienia, gdy jestem w małym miasteczku. Tam słyszę, jak ludzie szepczą: "O! Patrzcie, czarny człowiek!". Mahommed: - W moim kraju funkcjonuje obraz Polski i Polaków jako ludzi gościnnych, otwartych, miłych, serdecznych niosących pomoc. Niestety gdy tu przyjechałem, wszystko okazało się inne. Polacy boją się obcych, a gościnni i otwarci są tylko po wódce. To naprawdę przykre. Niedawno byłem świadkiem zajścia w autobusie linii 520: jeden pasażer prawie odciął nożem rękę drugiemu. Żaden z Polaków nie ruszył, aby mu pomóc, wszyscy odwracali wzrok. To ja, Arab musiałem wstać wyjąć słuchawki z telefonu i obwiązać człowiekowi rękę, aby się nie wykrwawił.

Jak widać polskie społeczeństwo i nasze instytucje usługowe jeszcze długo będą musiały ewoluować i uczyć się. By stać się bardziej tolerancyjnymi i otwartymi na miarę instytucji europejskich, do grona których aspirują.