Uwaga! Ta strona używa plików cookies i podobnych techonologii (kliknij aby poznać politykę plików Cookies)
Akceptuj i zamknij
Artykuły:
Udostepnij
Artykuły: Groźne bestie - Niebezpieczne psy PRO-TEST: Nr 2 (18) luty 2003
Groźne bestie - Niebezpieczne psy Koniec roku obfitował w tragiczne wydarzenia. Dwa rottweilery zagryzły siedmioletnią Emilkę, mieszaniec rozszarpał twarz trzyletniego Michałka. Dwa wypadki śmiertelne w ciągu miesiąca. Za każdym razem ofiarami były małe dzieci.

Najszybciej zareagowało - pomijając histeryczne doniesienia prasy brukowej - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Minister Krzysztof Janik już po pierwszych doniesieniach zapowiedział zaostrzenie przepisów, m.in. rozszerzenie tzw. listy agresywnych psów o mieszańce. Nie wykluczył również, że wprowadzi obowiązek badań psychologicznych i wywiadu środowiskowego dla właścicieli groźnych psów. Analogicznych, jak w przypadku starań o pozwolenie na broń. Mało tego, gdyby nie udało się skutecznie wyegzekwować przepisów, Ministerstwo zapowiada rozważenie wprowadzenia całkowitego zakazu hodowli psów agresywnych. Czy jednak restrykcyjne prawo jest tym, czego potrzebujemy najbardziej?

Prawny bubel

Jak dotąd aktem prawnym, który miał nam zapewnić bezpieczeństwo, było rozporządzenie z 1998 r. "w sprawie wykazu ras psów uznanych za agresywne oraz warunków wydania zezwoleń na utrzymanie psa takiej rasy". Zdaniem większości kynologów, hodowców i właścicieli psów - wyjątkowy bubel. Przede wszystkim definiowanie rasy jako niebezpiecznej jest absurdem. To mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że Czarni czy Żółci są bardziej agresywni od Białych.

Zgodnie z rozporządzeniem zgodę na posiadanie "niebezpiecznego" psa musi wyrazić gmina. Zezwolenia może nie wydać lub cofnąć decyzję. Teoretycznie za niedopełnienie obowiązku grozi kara grzywny (kilkaset zł), której chyba nikt jeszcze nie zapłacił. Psy spuszczone ze smyczy można nadal napotkać choćby na placu zabaw czy stadionie, na którym biegający ludzie są dla psa niczym innym, jak zwierzyną łowną. W praktyce bowiem, niemal nikt się przepisami nie przejmuje, nie kontroluje, czy pies jest w ogóle zarejestrowany, czy ma zapewnione odpowiednie, opisane we wniosku, warunki. W praktyce z roku na rok gminy rejestrują mniej psów, choć wcale nie ubywa ich na ulicach.

Mało tego, rejestracji podlega jedynie pies rasowy. Mieszaniec, nie posiadający księgi rodowodowej sięgającej czterech pokoleń wstecz, może się przepisami nie przejmować. Tymczasem za atakami na ludzi zazwyczaj stoją zwykłe kundle lub podobne do rasowych mieszańce tzw. niebezpiecznych ras. Świadczy o tym również fakt, że do wypadków najczęściej dochodzi w małych miejscowościach i wsiach, gdzie rasowy pies to rzadkość, gdzie zwierzęta są źle karmione, źle traktowane, nawet bite. Trudno o podobne zachowanie podejrzewać właściciela czy hodowcę psa rasowego. Poza tym ze względów hodowlanych Związek Kynologiczny bada psychikę tych psów (w celu zachowania pożądanych cech rasy). Nie bez znaczenia jest również fakt, że nawet sędziowie na ringach wystawowych dyskwalifikują zwierzęta lękliwe lub agresywne (bardzo często agresja jest następstwem strachu, pies przestraszony jest potencjalnie psem agresywnym).

Również niektóre gminy uchwaliły przepisy dotyczące wyprowadzania psów na smyczy i w kagańcu, a nawet limity liczby posiadanych zwierząt. Wyposażeni w legitymację prawną strażnicy miejscy mogą dzięki temu upomnieć, ukarać mandatem lub skierować sprawę do sądu przeciwko właścicielowi, który wyprowadza na spacer psa "o wadze przekraczającej 5 kg" bez smyczy i kagańca. Dzięki temu rakarze mogą wyłapywać psy bez smyczy (bo wyglądają na bezpańskie), a właściciele nieruchomości i złośliwi sąsiedzi będą mogli, zasłaniając się prawem, utrudniać życie nielubianym lokatorom.

Jak to się robi za granicą?

W Polsce większość przepisów odnosi się - czy wręcz uderza - w psa. W wielu krajach natomiast część odpowiedzialności i obowiązków spoczywa na właścicielu. Bardzo surowe kary dla właścicieli agresywnych zwierząt przewiduje prawo we Francji, USA czy Wielkiej Brytanii. W większości niemieckich miast obowiązuje zakaz posiadania psów bojowych, w Holandii zabronione jest rozmnażanie pitbulli, w Anglii - zakaz hodowli pitbullterierów, tosa inu, doga argentyńskiego i fila brasileiro. Za nielegalny import, hodowlę i sprzedaż grozi kara grzywny dochodząca do kilku tysięcy dolarów. Aktualni właściciele psów "zakazanych" muszą swoje zwierzęta wysterylizować, a także oznakować wszczepianym, elektronicznym chipem.

W Stanach Zjednoczonych testy psychologiczne przechodzą właściciele. Opracowała je amerykańska organizacja ochrony praw zwierząt RSPCA, a pod uwagę brany jest głównie temperament psa, opracowany przez ekspertów z dziedziny zachowań zwierząt. W testach zawarto m.in. obserwacje dotyczące zachowań psa w przypadku napotkania obcego lub innego zwierzęcia, podczas zabawy, zabawy siłowej oraz jego zachowanie w samotności. Dzięki temu miłośnikom psów łatwiej jest dobrać odpowiednią dla siebie rasę, a co za tym idzie, w przyszłości uniknąć wielu nieporozumień, by nie powiedzieć tragedii.

W kim tkwi bestia?

Zarówno twórcy martwego prawa, media prowadzące brukową nagonkę, jak i "podwórkowi kynolodzy" nie odróżniający psa od wydry, widzą świat jedynie w czarno-białych barwach. Dla nich to pies i tylko pies jest bestią rodem z Apokalipsy. Bestialskie zachowanie złodzieja, gwałciciela czy mordercy tłumaczą trudnym dzieciństwem i wpływem środowiska. Zachowanie psa - wrodzoną, nieuleczalną agresją. Nie chcą przyjąć do wiadomości faktu, że dopiero w rękach nieodpowiedzialnego właściciela pies może stać się niebezpieczną bronią, gotową "wystrzelić" w najmniej spodziewanym momencie. Właściciela, który sam ma problemy emocjonalne, nadużywa alkoholu, a kupuje psa bojowego, by wyleczyć swoje kompleksy lub dać upust czysto ludzkiej agresji.

Wystarczy prześledzić wydarzenia ostatnich lat - w większości przypadków atakowały psy wygłodniałe, pozostające bez opieki; właściciel zajęty był w tym czasie alkoholową libacją. Zabrzmi to brutalnie, ale w większości przypadków także rodzice pokrzywdzonych dzieci nie zapewnili im odpowiedniej opieki, np. zezwalając na przebywanie na terenie, na którym nie powinny się znaleźć.

Bestia ludzka wychodzi z nas wraz z każda taką tragedią. Wówczas hodowcy i związek kynologiczny odnotowują wzmożone, niezdrowe zainteresowanie tzw. "niebezpiecznymi rasami". Zastraszonym obywatelom potrzebny jest super obrońca, typom patologicznym - straszak na nieprzyjaciół. W końcu jedni i drudzy niczym nie ryzykują. Jeśli się nie dopasują, zawsze będzie można oddać psa do schroniska czy przywiązać do drzewa, gdzieś w lesie. Nie boją się również przepisów, którymi straszy ministerstwo. Za "zwykłe" ugryzienie właścicielowi grozi co najwyżej kara grzywny (zaledwie kilkaset zł) lub nagana. Dopiero gdyby udowodniono mu, że specjalnie szczuł zwierzęta, grozi mu kara jak za zabójstwo lub nieumyślne spowodowanie śmierci (kara od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności).
Andrzej Kwaśniewski
Autor jest członkiem międzynarodowego stowarzyszenia World Dog Press Association skupiającego dziennikarzy i fotoreporterów zajmujących się tematyką kynologiczną.


Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z 15 grudnia 1998 r.
"w sprawie wykazu ras psów uznanych za agresywne oraz warunków wydania zezwoleń na utrzymanie psa takiej rasy" za niebezpieczne uznaje rasy:
Amerykański pitbullterrier,
Perro de presa mallorquin,
Perro de presa canario,
Bulldog amerykański,
Dog argentyński,
Tosa Inu,
Tottweiler,
Akbash dog,
Anatolian Karabash,
Moskiewski stróżujący,
Owczarek kaukaski.