Uwaga! Ta strona używa plików cookies i podobnych techonologii (kliknij aby poznać politykę plików Cookies)
Akceptuj i zamknij
Artykuły:
Udostepnij
Artykuły: Autor między wierszami PRO-TEST: Nr 9 (36) wrzesień 2004
Autor między wierszami Nie musisz ślęczeć po nocach nad zeszytem, przy klawiaturze. Wystarczy znaleźć speca od przemysłu pisanego. Płacisz i masz.

- Trzy prace na miesiąc. Jedna średnio po 1000 zł. Tyle zarobiłem w najlepszym okresie. Ale to wyjątek - zaznacza Paweł. Para się pisaniem prac dyplomowych od roku. Specjalizuje się w naukach społecznych. Oficjalnie bezrobotny. Sam bronił się na politologii. Swoją magisterkę wyklepał szybko. - Nie przesadziłem z ambicjami. Wybrałem temat z systemu partyjnego Finlandii. Kilka książek i miałem wszystko jak na patelni. Zajęło mi to w sumie mniej niż dwadzieścia dni - wspomina. I wtedy postanowił zostać autorem cudzych prac.

Taśmociąg z magistrami

Obecnie jeszcze udoskonalił system pisania. - Samo to, że ktoś chce skorzystać z moich usług mówi o jego ambicjach. Więc jeśli nie jest za późno, to ja nakłaniam go do określonego tematu. Jak jest zgoda, to już mam z górki - opowiada. Ma żelazny katalog literatury. Gdy czegoś brak, to trochę posiedzi w czytelni. - Nie boisz się, że w ten sposób zdublujesz własną pracę? - pytam. - Profesorowie na pierwszym seminarium przedstawiają listę tematów. Niezmienną od lat. Niby zachęcają do podawania własnych propozycji, ale na rękę jest im przyjęcie tych już wypróbowanych. Mają do nich gotową listę lektur. I z tego korzystam - tłumaczy. Gdy Paweł pisze jakiś temat po raz kolejny, to zmienia składnię, zmontuje inną kolejność, wstawia kilka rezerwowych lektur. W takim wypadku praca powstaje w blisko dwa tygodnie. Taniej też za nią bierze - między 700 a 1000 zł. Zależnie od objętości.

Podobną taktykę stosuje Przemek. - To niemal rodzaj taśmociągu - mówi. Specjalizacja - prace prawnicze, ale wspierał też niedoszłych politologów. Na wydziale miał opinię zdolnego lenia. Po studiach stracił złudzenia co do kariery adwokata. Egzamin na aplikację był według niego grą pozorów. Teraz pracuje na pół etatu w firmie consultingowej. Przy pisaniu prac dyplomowych korzysta także z internetu. - Wiele rzeczy można ściągnąć. Później wystarczy dobrać odpowiedni format, jak są, to usunąć hiperłącza. I można wklejać - mówi. Z sieciowych przeglądarek poleca Google. Przemek słyszał o gościu, który wspomaga się programem do rozpoznawania tekstów. Wystarczy wtedy zeskanować dane fragmenty, a komputer przekonwertuje je na znaki edytora tekstów. Wiele zdań trzeba poprawiać, ale i tak zostaje dużo mniej żmudnego walenia w klawiaturę.

Okazje do szybkiego napisania pracy wkrótce mogą się jednak skończyć. Niektóre uczelnie już zaczęły stosować system sieciowego zabezpieczenia przed plagiatami. Na Zachodzie podobno to standard. Specjalny program sprawdza, czy dana praca nie ma wspólnych elementów z książkami lub innymi pracami, które można znaleźć w internecie. Na koniec zostają podkreślone fragmenty badanej pracy identyczne lub bardzo zbliżone do tych trafionych w sieci. Jeśli student nie zamieścił odpowiednich odnośników, może mieć poważne kłopoty. Paweł i Przemek są przygotowani na taką sytuację. Przecież i teraz czasami piszą pracę bardziej samodzielnie. Tematy nie mieszczące się w ich "firmowych" katalogach muszą opracowywać tradycyjnymi metodami. - Cóż, wtedy pozostają dwa, trzy tygodnie łażenia po bibliotekach - mówi Paweł. Panie z biblioteki doskonale go znają. Często pytają, kiedy skończy doktorat. - Kolejny tydzień to wklepywanie w komputer - dodaje. Stawka automatycznie zbliża się w takim wypadku do 1500 zł. Obaj pracują w Lublinie. Twierdzą, że w większych miastach i zarobki są większe.

Zazwyczaj na studiach dziennych profesor wymaga przynoszenia kolejnych rozdziałów na seminaria. - Daję klientowi całość. On kolejne części przynosi systematycznie na zajęcia. Jeśli profesor ma uwagi, biorę się uczciwie za korektę. Ale opłatę inkasuję z góry - wyjaśnia Paweł. Czy klienci nie boją się, że wystawi ich do wiatru? - No cóż, takie ryzyko nieoficjalnych interesów. Muszą mi ufać na słowo. Ja w każdym razie dotrzymuję zobowiązań. Nie jestem gangsterem, tylko takim naukowcem z drugiego obiegu - śmieje się.

Prof. dr hab. Zdzisław BartkowiczDziekan Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS:

Możliwość kontrolowania tego, czy praca licencjacka bądź magisterska jest pisana samodzielnie, zależy od sposobu organizacji pracy ze studentami. Istotne jest, by tematy i badania realizowane w ramach seminarium miały swoją specyfikę i oryginalność, związaną na przykład z preferowanymi przez promotora narzędziami badawczymi. Wówczas studentowi będzie naprawdę trudno znaleźć ofertę gotowej pracy, którą mógłby kupić i przedłożyć jako własną. Jednak w przypadku prac teoretycznych, przeglądowych promotorowi niełatwo jest sprawdzić, czy na pewno jego seminarzysta jest autorem. Na szczęście na Wydziale Pedagogiki i Psychologii zdecydowana większość prac jest oparta na badaniach, do przeprowadzenia których trzeba użyć konkretnych narzędzi (na przykład testów). Przezorny promotor przegląda protokoły z badań, ustala na seminarium strategię obliczania wyników, dyskutuje kierunek interpretacji, doradza konstrukcje tabel, a potem "po kawałku" sprawdza napisany tekst, żądając pokazania poprzedniej wersji. Oszustwo w takim przypadku jest mało prawdopodobne. Takiej pracy kupić się nie da! Próby sfingowania badań (np. badania zmyślone przy biurku) wymagają tak wiele wysiłku, że o znacznie prościej jest je uczciwie przeprowadzić. Przypadki nieuczciwości, polegające na przedkładaniu kupionych prac jako własnych zdarzają się, jak wszędzie, nie są jednak częste. Zdecydowana większość studentów to osoby zbyt ambitne, by w ogóle brać pod uwagę ewentualność takiego oszustwa. Osobiście w ciągu kilku lat spotykałem się zaledwie z dwoma takimi próbami. Jakkolwiek poziom tych prac był całkiem przyzwoity, to jednak po metodach i stylu opracowania wyników łatwo można było poznać, że powstały gdzie indziej. Gdy poprosiłem o dokumentację z badań, osoby te więcej się nie pojawiły, a potem zrezygnowały ze studiów.
Naukowcy według Pawła idą na łatwiznę. - Uznane nazwiska prowadzą zajęcia w kilku uczelniach, tym bardziej, że prywatne szkoły powstają jak grzyby po deszczu. Nie mają więc czasu i ochoty na wgłębianie się w szczegóły pisaniny ich seminarzystów. Jeśli praca ma jako takie ręce i nogi, to ją akceptują: "napisz pan i spieprzaj" - jemu w to graj.

Ale Przemek i Paweł mają również czarną listę promotorów. To ci, którzy nie poprzestają na przeczytaniu pracy. Regularnie na seminariach odpytują z postępów. - Obrony u nich się nie podejmuję. To ideowcy. Jak wyczują, że student coś ściemnia, ma przerąbane. Uczciwie przed nimi ostrzegam - zapewnia Przemek.

Kto tego zabroni?

Jak zdobywają klientów? - Lublin nie jest wielkim miastem. Środowisko studenckie dobrze zna się nawzajem. Poczta pantoflowa działa tu lawinowo - mówi Przemek. Umieszczał również w "Anonsach" ogłoszenie: "Pomoc w pisaniu prac". - Kto mi tego zabroni? - pyta retorycznie. Paweł powiesił kartkę podobnej treści w uczelnianej gablotce. Znikła po dniu, zapewne za sprawą dziekanatu. Oprócz tego zamieścił swoją ofertę, podobnie jak Przemek, w "Anonsach". Obaj planują zakotwiczyć w internecie. Znają się, więc może utworzą stronę ze swoją ofertą. Paweł: politologia i socjologia, Przemek: prawo i administracja. - Taka spółka z o. o. Kto wie, może kiedyś akcyjna? - śmieje się Paweł.

Skąd mają najwięcej zleceń? - Najczęściej mam klientów ze studiów zaocznych - mówi Paweł. - Sporo też jest ludzi z prywatnych uczelni. To jasne, że wszystkim potrzebny jest szybko papierek. Naukę mają gdzieś - dodaje.

Marek pracuje jako kierownik w firmie ubezpieczeniowej. Skorzystał z wygody wynajęcia autora swej pracy magisterskiej. Kończył zaoczną politologię. Za dzieło zapłacił doktorantowi (nie uczącemu się w Lublinie) 1700 zł. - Ciągle kursuję po Polsce. Czasu brak nawet dla żony. Tytuł nie był mi potrzebny do zawodowego awansu. Chodziło o prestiż. Teraz bardziej komfortowo czuję się zarządzając ludźmi z wyższym wykształceniem.

Zlecenia dla Pawła i Przemka nie ograniczają się tylko do dyplomów magisterskich. Prace licencjackie stoją o 300 zł taniej od magisterki. Trafiają się też kilkustronicowe zaliczenia semestralne. - To często jeden dzień roboty za 100, 150 zł - kalkuluje Paweł.

Czy zdarza się odmówić realizacji zamówienia? - Jasne. Kiedyś nie mogłem obiecać, że zdążę napisać na czerwiec - miałem kilka innych prac do dokończenia. Dwa razy temat wymagał tłumaczenia materiałów z angielskiego. Nie jestem poliglotą, a w słownikach nie chciało mi się grzebać - mówi Przemek.

Samo pisanie to monotonna robota. - Po dziesiątej pracy wpada się w rutynę. Po zebraniu literatury cała inwencja polega na odpowiednim wypunktowaniu i zmontowaniu fragmentów. Więcej wysiłku potrzeba na sklecenie wstępu i syntetycznego zakończenia. Zasuwam firanki, zaczynam pisać, papierosy, kolejna kawa - opisuje Paweł.

Obaj autorzy nie odrzucają planów o naukowej karierze. Szczególnie blisko decyzji o doktoryzowaniu się jest Paweł. - P o takim czasie spędzonym na wklepywaniu wiedzy w komputer chcąc nie chcąc sporo mi pozostało w głowie. W każdym razie mogę wpisać w życiorysie pisanie bezwzrokowe - podsumowuje z uśmiechem. Jak traktowałby ewentualnych seminarzystów? - Chyba dałoby się wyczuć, kto naprawdę się interesuje. Ci zasłużyliby na dobrą ocenę. A pozostali? Napisz pan i spieprzaj!

Eseje do wynajęcia

Na serwerze Falcon wielki międzygalaktyczny turniej Starcrafta. Taka sieciowa strategia, w której chodzi o zdobycie panowania na planecie. Ci złośliwce z innych komputerów nie tacy w ciemię bici. Aby ich pokonać, trzeba kombinować. - Aż czacha dymi - Jarek cedzi z papierosem w skrzywionych ustach. Grał do rana, a w szkole lunatykował. Zaciąga się i z miną tego, co to wie, jak spadać na cztery łapy mówi: - Przez Stara olałem wypracowanie z polaka. Za sukcesy trzeba bulić. Dlatego znalazłem wsparcie - poszperał w sieci i szybko natknął się na "korepetytora". Najpierw musiał dopełnić formalności. - Na stronie jest tabelka. Sprawdzasz cennik - u mnie było 40 zł sztuka. Wpisujesz temat, ile stron ci trzeba, na kiedy, swój numer telefonu. Wklejasz to do maila, wysyłasz. I logujesz się na serwer z grami - zachwala niczym agent polisę ubezpieczeniową. Już następnego dnia "korepetytor" przysyła 20% tekstu. Leser wprawnym okiem ocenia przydatność i jeśli mu odpowiada, przelewa na konto należność. Reszta wypracowania gotowa jest zwykle nazajutrz.

Z polskiego żaden z Jarka mocarz. Wprawdzie mógłby jechać na brykach. Tyle, że reszta klasy też często zrzyna, co popadnie. Gdyby spisywał jak leci, prędzej czy później zdublowałby "pracę" kumpla. A bywało, że sorka zdybała trzy identyczne teksty. Tak więc Jarek musi bulić. Tylko za pierwszym razem złożył reklamację. - "Korepetytor" już w próbce nawciskał jakichś "izmów" i długaśnych analiz charakterów postaci. Co to ja, jakiś filozof? "Płetwa" od polskiego by w życiu nie łyknęła tego akurat ode mnie - tłumaczy.

Multum internetowych ogłoszeń o pomocy w pisaniu wypracowań rozleniwia. Uczniowie mogą przebierać spośród mniej lub bardziej dyplomowanych autorów. Zamiast w pocie czoła zastanawiać się "co poeta miał na myśli?", dają szarym komórkom odpocząć. - Sorka zadaje jakiś temat przekrojowy. Z dziesięć lektur trzeba by przeczytać. I jeszcze chce, żeby o tym napisać od siebie. Frajera szuka? - Grzesiek z III klasy ogólniaka nie kryje rozbawienia. Ma stałego, jak mówi, "podwykonawcę". Magistra polonistyki ze swojego miasta nawet nie musiał wyszperać w internecie. Po prostu po znajomości dostał cynk na komórkę. Ochoczo nawiązali współpracę. Płaci 40 zł za wypracowanie. Zwykle zamówienie składa pięć, cztery dni przed terminem wyznaczonym przez nauczycielkę. Choć zdarzyło się, że musiał mieć wypracowanie "na wczoraj". Wtedy cena skoczyła o 15 zł. Nawet nie musi się fatygować po odbiór. "Podwykonawca" przesyła mu pracę mailem. Rozliczają się przelewem bankowym.

Leszek, autor wypracowań Grześka poza pocztą pantoflową reklamuje się w internecie i "Anonsach". Gdy zgłasza się do niego ktoś po raz pierwszy, dogadują się co do formy płatności i terminów. Klientów mu nie brak, szczególnie w końcówkach semestrów. Przyznaje, że zdarzało się mu oddać to samo wypracowanie więcej niż jednej osobie. - Wówczas muszę uważać, czy aby moi odbiorcy nie są z jednej szkoły - mówi. Powiedzieć, ile średnio zarobi w miesiącu, nie chce. Pisaniem gotowców dorabia do pracy w korekcie miejscowego dziennika.

Jak Siłaczka

Garnek tworzy komiksy. Do historii o mafii robotów XXII w. sam napisał słowa. Jednak rzadko pisze wypracowania. Woli komuś zapłacić. - Raz na miesiąc zamawiam tekst za 35 zł i mam kupę czasu na komputer i rysowanie. Nasza nauczycielka zniechęca do spontaniczności - żali się. W pierwszej klasie przedstawił w wypracowaniu swoją wizję filmowej prezentacji "Makbeta" jako starcia czołgowych dywizji. Polonistka wyśmiała go publicznie.

Teksty pisze mu Sylwia, siostra kolegi, od dwóch lat magister psychologii. Brat robi jej ostrą reklamę wśród znajomych ze szkoły, poza tym Sylwia ogłasza się w "Anonsach" jako pomoc w pracach domowych z polskiego. Nie odrzuca również oferty wypracowania z angielskiego. - Z tych chałtur mam blisko 300 zł miesięcznie. Dorabiam do pracy trenera szkoleń komunikacji niewerbalnej - opowiada. Dodaje, że czasem dzwonią rodzice: - Jakaś mama tłumaczy, że synuś taki geniusz - tylko, że techniczny.

Czy można mieć satysfakcję z pisania lewych wypracowań? Sylwia nie wkłada serca w swoje płatne eseje. Ale najmilej wspomina... utratę jednego ze zleceniodawców. - Płacił mi za wypracowania przez pół roku. Po czym poprosił o korektę już całkowicie swojej pracy. Przeczytałam, prawie nic nie poprawiłam, pieniędzy nie wzięłam - i dodaje kpiącym tonem - poczułam się jak Siłaczka.